Relacja z rajdu dookoła Polski cz. II: Race to Home - Prolog! Czy jesteś hardcorem?

Druga cześć relacji z udziału w Race to Home - Prolog. RtHP to impreza poprzedzająca rajd motocyklowy Race to Home. Uczestnicy mieli do pokonania trasę dookoła Polski. Jakie przygody spotkały Kamila - jednego z uczestników rajdu podczas tej ekstermelanej próby?


Kolejna autostrada, kolejne postoje, kolejne puszki energetyków. Ale to nic, całkiem sprawnie udało mi się dotrzeć do punktu kontrolnego we Wodzisławiu Śląskim. Chwile błądziłem po mieście, bo nie mogłem znaleźć rynku ale udało się. Czekała tam spora grupka ludzi złożona z ekipy Moto Station 09, Śląskich Motocyklistek, wozu technicznego RTHP i lokalnych rider’ów.


Kolejny odpoczynek, tym razem krótszy ponieważ zaczynało się robić ciemno i co za tym idzie, było dużo chłodniej czyli idealne warunki dla mnie, więc mogłem trochę podgonić trasy. Wyjeżdżając ze Śląska, złapał mnie jeszcze fotoradar, no super! Ale nic, pojechałem dalej, dojeżdżając do pewnej miejscowości, w której się trochę zgubiłem. Mój GPS prowadził mnie jakąś dziwną trasą, także postanowiłem poradzić się Kasi. Dobrze, że ją mieliśmy! Jej pomoc była nieoceniona! Zadzwoniłem i pytam:

-Kasia masz chwile?
- Pewnie! W czym mogę pomóc? – słyszę entuzjazm w jej głosie
- Kasia widzisz moje położenie na GPS? -Chwila… tak już widzę, co się stało?
- Kasia czy ja na pewno mam jechać przez to pole? :D
- Hahah jakie pole?! -Bo wiesz tu kiedyś był asfalt… (to był drugi raz, gdy pomyślałem o kupnie enduro :D )
- Jedziesz w dobrym kierunku ale zadzwonię, zapytam chłopaków, którzy przed tobą pokonali tą trasę.
- Oki.


Po chwili Kasia oddzwania i mówi:
- Chłopacy, którzy byli tam przed Tobą, mówili że nie jechali taką trasą – a na mnie padł blady strach.
Jestem na drugim końcu Polski i na dodatek się zgubiłem. Brawo ja! Kasia pomogła mi się odnaleźć i dalej w drogę. Gdzieś daleko, nie wiem gdzie, zajechałem na stację benzynową. Tankowałem co 2h. Bak w sportach nie jest za wielki, nie pozwala robić dużych odcinków, także stacja była najczęstszym miejscem jakie odwiedzałem. Tym razem nie było zbyt fajnie. Zatankowałem, poszedłem zapłacić, oczywiście kartą, bo bałem się wozić taką gotówkę, na wypadek gdybym zgubił portfel…

Problemów ciąg dalszy

Przykładam kartę do czytnika… ODRZUCONA! Pani mówi, że może jeszcze raz spróbować, ja podenerwowany przykładam i… ODRZUCONA! KURDE!!! Pani mocno poirytowana całą tą sytuacją, ja też grzebię w portfelu szukając pieniędzy… Na szczęście jakieś drobne znalazłem i zapłaciłem, ale to nie był koniec moich kłopotów. Nie miałem pieniędzy na paliwo. Sprawdziłem stan konta, no kurczę, pieniądze są! Solidnie zmęczony nie kojarzyłem faktów tak szybko, wiec chwile mi zajęło zanim domyśliłem się, że przekroczyłem dzienny limit. Spojrzałem na zegarek - godzina 23:35. Spoko dam radę, zaraz odblokują kartę… uffff! Jadę dalej…


Kurcze myślałem, że ten odcinek jest stanowczo krótszy! Na dodatek ta cholerna mgła, która ogranicza mi widzenie do 10m przed motocyklem. Ten odcinek był baaardzo trudny. Poruszałem się z prędkością około 30km/h. Mówiąc szczerze, jechałem praktycznie na ślepo, na dodatek zmęczenie zwalało z nóg. Zakręty analizowałem z mapą GPS, tak na wszelki wypadek aby któregoś nie „wyprostować”. Dotarłem na serpentyny sanockie. Zadzwoniłem meldując punkt kontrolny.

Podkarpacie

Paliwka mało, więc trzeba się było wrócić do Sanoka. Pani na stacji powiedziała mi, że do Warszawy mam jakieś 420km… hm pomyślałem ‘’ale ja jadę na około wiec będzie tego więcej. Ale to nic, jestem hardkor! Dam radę!’’ Pani pytała zaciekawiona, co to za impreza, w której uczestniczę, wiec opowiedziałem jej, że jadę dookoła Polski w 40h. Po odpowiedzi na pytanie gdzie śpimy, zrobiła wielkie, zdumione oczy. Nie mogła uwierzyć, że jadę bez odpoczynku i snu.

Musiałem ruszać dalej, byłem już tak zmęczony że ‘’urywał mi się film”. Jechałem jakąś drogą, pół przytomny ale po 30 min obudziłem się i myślę KUR… JA TEDY NIE JECHAŁEM! ZNOWU ZABŁĄDZIŁEM! KUR…!!! Już nie chciałem dzwonić do Kasi, ona też była bardzo zmęczona w końcu pilnowała nas dwie noce, tak więc zawróciłem do Sanoka. Godzina w plecy, pięknie! Ale dotarłem z powrotem na serpentyny Sanockie. Myśl ‘’kurczę ale jestem zmęczony, oczy same mi się zamykają a dłonie od wciskania sprzęgła i hamulca palą żywym ogniem’’. Znalazłem na to radę - używałem tylko 2 biegów. Pierwszego do ruszenia, po czym wrzucałem od razy 6-ty bieg żeby ograniczyć ilość pociągnięć klamki, ograniczyć zmęczenie dłoni. Jechałem dalej. Druga noc podobno miała być najgorsza.

Świt

W sumie to nie wiem czy była, bo praktycznie jej nie pamiętam. Jechałem jak jakieś zombie, nie byłem świadom co się dzieje. Zmęczenie wygrało. Około 4 rano zsiadłem z motocykla. Zadzwonił Kamil, który jechał ze mną na początku rajdu, powiedział że złapał się z Karolem i jadą kilkuosobową ekipą, są jakieś 70km za mną. Pomyślałem, że będę jechał wolniej, dogonią mnie, razem będzie raźniej. Tymczasem ruszyłem i jadąc sobie powoli podziwiałem piękno gór o wschodzie słońca. Boże, ale tam jest pięknie! Zawsze chciałem jechać motocyklem w góry i się udało! Dla takich chwil warto żyć!

Podziwiałem piękno gór o wschodzie słońca. Dla takich chwil warto żyć!

Jechałem już jakąś godzinę, chłopacy mnie nie doganiali a ja opadałem z sił. Stop! Znalazłem jakąś polanę w lesie, postawiłem motocykl i się położyłem, musiałem odpocząć. Nie wiem ile trwał mój postój ale dał mi sporo energii… także w drogę! GPS prowadził mnie przez jakieś wioski, wrrrr znowu chyba mnie zgubił! Jadąc czekałem aż Kasia się obudzi, bo nie chciałem przerywać jej snu. Przy czym budziłem ludzi w okolicznych wioskach. Przelot LeoVince i 16 tys obrotów w moim plastiku daje dobre brzmienie! Na pewno wszyscy mieli pobudkę o 5:00 rano - jestem złym, bardzo złym człowiekiem! :D hahahah


Kasia napisała że wstała, tak wiec sprawdziłem trasę tak, żeby już się nie gubić. Chwila rozmowy i wyruszyłem w ostatni rejs tej wycieczki! Przede mną 400km… spoko, dam rade przejechałem już ponad 2 tys., co to jest 400km? Nie poddam się. Nie teraz. W sumie to chyba nie przeszło mi to przez myśl, mimo kryzysów na trasie. Chora ambicja. Tak więc jadę! Droga była nudna a temperatura coraz większa. Zasypiałem, teraz już konkretnie. Kask odbijał mi się od baku, tylko to mnie budziło. Już nie dawałem rady. Co dalej? Zostało tak niewiele… Decyzja podjęta - zatrzymuje się żeby odpocząć, najwyżej nie zrobię limitu czasu - 40h, trudno ale dojadę.


Warszawa - Meta

Droga, mijała bardzo nudno i powoli, do momentu gdy dwa tiry zaczęły mnie przepuszczać abym ich wyprzedził. Fajnie, miło z ich strony! Wyprzedzam, ponad stówa na zegarze, zakręt a za zakrętem… POLICJA! No super… zdążyłem nacisnąć hamulec. Pięknie! Kolejny mandat do kolekcji, dobrze że chociaż ‘’prawo’’ ocalało. Ale kto by się tym przejmował, skoro mam już tylko 70km do mety! Mimo wszystko jadę, szczęśliwy jak nigdy!


Przejechałem całą Polskę na sporcie.

Dojeżdżam do mety i… GPS mnie zgubił, co za los! Ale już widzę Kasię! Boże jak milo ją widzieć! O! jest już kilku chłopaków! Super! W tym momencie całe to zmęczenie i ból przestało mieć znaczenie. Dokonałem czegoś, w co sam nie wierzyłem. Przejechałem całą Polskę na sporcie. Przejechałem Race To Home! Jestem z siebie mega dumny! Trasa zajęła mi niespełna 42h i chyba dojechałem jako siódmy zawodnik, pewny nie jestem ale jakie to ma znaczenie? Ważne, że dojechałem. Siadam z chłopakami. Teraz już mi się nigdzie nie spieszy, mogę usiąść na spokojnie pogadać, pośmiać się. Było super! Czekamy na resztę w milej atmosferze.

Dziś mija tydzień od rajdu a ja jestem już zapisany na kolejny! Była to dla mnie świetna przygoda, czegoś takiego nie da się opisać, to trzeba przeżyć!

Pozdrawiam zawodnik RTH - Kamil J. ;)

. . .

Od siebie dodam, że po kilku godzinach spędzonych w towarzystwie zwycięzców RTHP, czyli wszystkich którzy ukończyli rajd, Kamil wsiadł na swoją wściekle zieloną kawę i ruszył w dal, do domu, do Kupniny… 150km dalej. W międzyczasie, w Wodzisławiu znajdującym się mniej więcej w połowie trasy rajdu, drugi z uczestników prujących szosy na Kawie zx10r – Piotrek, zapytany jak się czuje kondycyjnie, odpowiedział tylko ‘’za przeproszeniem - z dupy mam tatar z jajami!’’. Zatem być może to nie jest tak, że ‘’Kawasaki nikt nie jeździ’’. Może sportami z Kobe nie jeździ nikt, poza absolutnymi twardzielami, współczesnymi ninjami szos? 



Być może… tymczasem na mecie rajdu jako pierwszy zameldował się uczestnik na… maxi skuterze! Jadący Yamahą T-max 530, ze zmienionym wariatorem i wydechem (który z resztą po drodze przepalił na wylot  ) Lubomir Plutecki, pokonał trasę w czasie poniżej 30h! Gorące gratulacje! Lubomir twierdzi skromnie, że to zasługa jego niesamowitej Yamahy, no i sponsorów, dzięki którym starczy mu oleju aż do Race to Home 2025!  Prawda jednak jest taka, że ten gość to drogowy terminator. Na pit stopie w Wodzisławiu był może z 5 minut i pomknął dalej… nie zdejmując nawet kurtki!

Na zakończenie, osobiście chciałem podziękować Karolowi, Kasi, Zigiemu i pozostałym członkom teamu Race To Home, tworzącym ten wspaniały Rajd oraz Sylwii i Łukaszowi z Moto Station 09, goszczących nas we Wodzisławiu Śląskim. Kocie oko puszczam także Śląskim Motocyklistkom ;) Lewa w górę także dla chłopaków z IMRG Red Arrows Poznań, za garść wiedzy i cierpliwości dla ‘dziennikarzy’ 

Młody Kot